Ten czas zatrzymał się 20.03.2017
Aktualności

Navaja.pl na Facebook

Nóż w Polsce

Scyzoryk myśliwski Gerlach

Więcej …
Spis treści
Nóż w Polsce
Zagłębiamy się w temat
Chroń nas nożu ode złego
Dawniej...
Wiek zmian
Wczoraj i dziś
Co wolno, a co nie?
Element stroju i wyposażenia
Nożownicy
Kowale i inni
Podsumowanie
Ciekawostki
Mapka
Galeria
Galeria - cześć druga
Galeria - zbójnickie
Galeria - koziki
Galeria - noże wojskowe
Galeria - postacie
Galeria - fabryki, warsztaty, sklepy
Źródła i bibliografia
Podziękowania
Wszystkie strony

Wiek XX i dalej...

Wiek XX, jeśli idzie o produkcję noży w naszym kraju można podzielić w uproszczeniu na cztery ważne okresy, a liniami podziału będą w tym przypadku I i II Wojna Światowa oraz rok 1989. Pierwszy z nich to początek wieku do wybuchu I Wojny Światowej, kiedy to w zasadzie nadal panował porządek dziewiętnastowieczny, drugi okres to Międzywojnie, trzeci to powojenna, socjalistyczna rzeczywistość i wreszcie czwarty, to otwarcie granic po 1989 roku.
Na początku wieku Polska znajduje się wciąż pod zaborami, ale na terenie całego kraju działają przecież polscy rzemieślnicy i fabryki wytwarzające noże, nie zmienia tego wybuch I Wojny Światowej, choć znakomita większość z zakładów produkcyjnych poniosła w jej wyniku ogromne straty, jak na przykład wytwórnia Braci Henneberg, która prócz maszyn utraciła też około 1/3 aktywów wywiezionych podczas wojny do Rosji, nigdy nie odzyskanych, czy Gerlach, który został właściwie wywieziony w całości. Inne z kolei tracą w wyniku wojennej zawieruchy pracowników i wyposażenie, co wymusza na nich znaczne ograniczenie, lub czasowe zaprzestanie produkcji.

Żeby uświadomić sobie w jakich warunkach musieli działać polscy rzemieślnicy i producenci noży należy przytoczyć kilka informacji dotyczących ogólnej kondycji odrodzonego państwa.W naszej powszechnej pamięci najbardziej utrwaliły się zniszczenia po II Wojnie Światowej, jednak należy pamiętać o tym, że podczas I Wojny Światowej 3/4 obszaru przyszłej II Rzeczypospolitej objęte było działaniami wojennymi i w wyniku tego ogołocone zostało przez zaborców ze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Ogólna wartość zniszczeń wojennych do lata 1919 roku obliczana była na 14 miliardów złotych franków! Zniszczono ponad 1 809 000 budynków mieszkalnych i gospodarczych, niektóre miasta i wioski całkowicie, przemysł zrujnowano doszczętnie, dość powiedzieć, że w byłym Królestwie zatrudnienie robotników przemysłowych w 1918 roku stanowiło zaledwie 15% stanu z roku 1914. W województwach centralnych i południowych wybito ponad 30% żywego inwentarza, a jeszcze w 1920 roku 3 i pół miliona hektarów, czyli około 1/5 ziem rolnych w Polsce leżała odłogiem. Do tego doliczyć należy ogromne zniszczenia w infrastrukturze komunikacyjnej.1
Ziemie te traktowano jako łatwy do wykorzystania, a przy tym darmowy rezerwuar surowców, zapasów i wszelkich materiałów potrzebnych do prowadzenia wojny. Jeszcze w trakcie jej trwania masowo wywożono surowce naturalne, prowadzono rabunkową gospodarkę leśną, ogólnie na terenie należącym do dawnej Rzeczypospolitej wycięto 2530 tysięcy hektarów lasów, spalono 322 szyby naftowe, niszczono i rekwirowano zapasy, wywieziono 150 większych zakładów przemysłowych... Zapanował głód i ogromne bezrobocie, a miliony ludzi pozostały bez środków do życia.



Dawna fabryka sukienna w Dobrzyniewie Fabrycznym. Zdjęcie z lat 1915-1919. Po odbudowaniu, funkcjonowała tu w latach 1923-1932 fabryka noży.


Niemniej jednak polski przemysł i rzemiosło nie zanika całkowicie, choć oczywiście kolejna wojna, tym razem z Rosją Sowiecką jeszcze pogarsza sytuację.
Po zakończeniu działań wojennych sytuacja w miarę stabilizuje się i daje się zauważyć powolny progres. Trwało to jednak bardzo długo.
Oprócz tego, o czym napisałem wyżej pamiętać należy również o tym, że II Rzeczypospolita musiała zmagać się z potężnym chaosem wynikającym z odziedziczenia po zaborcach trzech różnych systemów z różnym prawodawstwem i walutami, słabego skomunikowania rozdartych ziem pozostających pod władaniem obcych państw, kolejnymi zniszczeniami po wojnie z Rosją Sowiecką, wielką inflacją, bezrobociem, spadkiem produkcji rolnej, etc., etc. W późniejszych latach z efektami wojny celnej z Niemcami, kryzysem światowym, a przez cały czas swego istnienia z niestabilnością polityczną i gospodarczą.
Ostatecznie do wybuchu II Wojny światowej udało się zintegrować infrastrukturę i gospodarkę kraju, rozpocząć konieczne reformy i zapoczątkować modernizację, uporządkować finanse, itd., itp. Kraj bezsprzecznie rozwijał się, choć problemów było co niemiara i wielu z nich nie udało się rozwiązać do końca istnienia II Rzeczypospolitej.
Wróćmy jednak do noży. Kraj był zrujnowany, ale przecież ludzie musieli dalej żyć, co oznaczało, że potrzebowali między innymi narzędzi.

Z pewnością w okresie międzywojennym na terenie Polski działało przynajmniej kilkanaście mniejszych, lub większych fabryk i wytwórni noży na skalę przemysłową. Oprócz tych, które działały jeszcze przed wybuchem I Wojny Światowej, jak choćby fabryka Bieńkowskich, Alfonsa Manna, czy Kobylańskich, powstawały też nowe, jak wytwórnia Plucińskich z Poznania, czy Wójcickiego i Michalskiego z Przedborza.
Ponadto jeśli weźmiemy pod uwagę to, że jeszcze w latach trzydziestych około 65% mieszkańców kraju, zwłaszcza z terenów wiejskich i małych miasteczek leżących na uboczu głównych szlaków komunikacyjnych nie miała w zasadzie dostępu do wyrobów fabrycznych2, to musimy przyjąć jako fakt, że ktoś ich w te noże musiał zaopatrywać. Być może były to małe warsztaty nożownicze znajdujące się w mniejszych miejscowościach oraz rzecz jasna osoby, dla których obróbką metali nie była czymś obcym, czyli pewnie miejscowi kowale. To prawdopodobne, choć niżej opisałem moje wątpliwości dotyczące tej sprawy. Poza ww. część noży dostarczali zapewne wędrowni kowale cygańscy, choć wziąwszy pod uwagę ich liczebność, wykonywane przez nich noże nie stanowiły zapewne dużego procenta w ogólnej liczbie. Bezsprzecznie też popyt na brakujące artykuły pokrywali wędrujący handlarze.



Fabryka J. Fraget w Warszawie.


Nie posiadam informacji o tym, ilu w tym okresie działało nożowników, choć zapewne musiało być ich wielu biorąc pod uwagę wielkość kraju i procent ludności podany wyżej, wiem natomiast, że w 1928 roku na terenie Polski działało 40050 zakładów kowalskich, w których pracowało łącznie 109 tysięcy osób.3 Rzecz jasna nie we wszystkich kuźniach wykuwano również noże, a raczej możemy przyjąć za pewnik, że produkcja noży to było uboczne zajęcie kowali wynikające z aktualnego zapotrzebowania lokalnej ludności.

Najbardziej ciekawi mnie jednak coś innego. W encyklopedii, z której powyższe informacje przytaczałem, w odrębnym akapicie wymieniono osoby prowadzące samodzielne warsztaty rzemieślnicze, chociaż dane liczbowe podano wyłącznie dla najpopularniejszych zawodów, w tym właśnie dla kowali. Nożownicy przedwojenni z pewnością również byli rzemieślnikami, a nie wymieniono ich z nazwy zapewne dlatego, że nie byli tak liczni jak kowale. W każdym razie zapewne zarówno nożownicy, jak i kowale zakwalifikowani zostali do grona rzemieślników.

Owe 65% ludności nieposiadającej dostępu do wyrobów fabrycznych opisane zostało w odrębnym dziale. Ich zapotrzebowanie na różnego rodzaju narzędzia, maszyny i materiały zaspokajała grupa wytwórców zgrupowana w encyklopedii pod hasłem "przemysł ludowy". W wyjaśnieniu tego hasła podane jest, że byli to włościanie trudniący się przemysłowymi zajęciami ubocznymi, wykonywali oni sprzęty domowe, płótna, wełny, sukna, odzież, uprzęże, zabawki, garnki, narzędzia rolnicze, tkackie, wozy, gonty i wiele, wiele innych. Zajmowali się też koszykarstwem, stolarstwem i budownictwem ludowym, kamieniarstwem i ludowym zdobnictwem. Skala wytwórczości była niezwykle rozległa, chociaż zaznaczono wyraźnie, że prowadzona w sposób prymitywny. Twórcy ci działali prawie w całej Polsce o czym świadczyć może umiejscowienie oddziałów Towarzystwa Popierania Przemysłu Ludowego, które znajdowały się w: Warszawie, Lwowie, Wilnie, Toruniu, Brześciu nad Bugiem, Nowogródku, Lublinie i Krakowie.

Pytań w związku z tym nasuwa mi się kilka. 

35% ludności miało dostęp do noży wykonywanych fabrycznie, czyli pochodzących z większych, lub mniejszych wytwórni przemysłowych. Z opisu wynika, że byli to mieszkańcy większych miast i ośrodków leżących przy głównych szlakach komunikacyjnych. I tu pierwsze pytanie. Czy potrzeby pozostałych 65% zaspokajali rzemieślnicy wykonujący noże, czy może rzemieślników tych włączono w tym przypadku do grupy fabrykantów? Faktem jest bowiem, że nawet niewielkie, liczące po kilku nożowników wytwórnie nazywały się czasem fabrykami. A jeśli nie, to czy ci twórcy ludowi, którzy zaopatrywali miliony ludzi przy pomocy prymitywnych metod wytwórczych byli w stanie podołać też obróbce metali? Nie wiem, naprawdę nie wiem. 

W powyższym kontekście ciekawostką może być wspomnienie z dzieciństwa, rzeźbiarza ludowego Zygmunta Węsierskiego (ur. 1929 r.) z Osiecznej, który w wywiadzie z nim przeprowadzonym przez Tadeusza Majewskiego (kociewiacy.pl) opowiadał: "Przyjaźniłem się z Zygmuntem Glazą, bratem naszego organisty Klemensa. Lubił wyrzynać. Chodziłem z nim do lasu. Nieraz dawał mi otwierany, prosty scyzoryk, kozik - po żydowsku. - Po żydowsku? - Ano tak, bo najtańszy kupowało się u Żydów. Prawdziwy scyzoryk zobaczyłem, jak wleźli Niemcy..." 
Mamy więc dowód na to, że przynajmniej część noży dostarczana była przez wędrownych, żydowskich handlarzy (w tym przypadku mowa o koziku). Skąd je brali? Zapewne prosto od rzemieślników je wytwarzających. Ci sprzedający po wsiach handlarze nie byli potentatami w swym fachu, poruszali się często pieszo lub wozami, z pewnością więc nie przebywali setek kilometrów w poszukiwaniu najtańszego dostawcy i nie kupowali towarów w tysiącach sztuk, możemy więc przypuszczać, że kupowali towar u lokalnych nożowników i rozprowadzali go po okolicznych wsiach i miasteczkach.


Plakat propagandowy drukowany z okazji referendum w 1946 roku.


Drugą z linii podziału, o której wspomniałem we wstępie jest wybuch II Wojny Światowej, wtedy to ustalony porządek po raz kolejny został zburzony, a rzeczywistość powojenna znacznie odbiegała od tego, do czego ówcześni Polacy byli przyzwyczajeni. Przede wszystkim zmieniły się granice, poza Polską znalazły się tereny od wieków będące jej częścią, a w skład nowego kraju weszły takie, które od wieków pozostawały poza jej bezpośrednim wpływem. Rzeczpospolita przesunęła się na zachód i powróciła mniej więcej do terytorium, które zajmowała kilkaset lat wstecz. Chichotem historii jest to, że znajdujący się ponoć w obozie zwycięzców kraj został okrojony ze swego terytorium, tak więc wygraliśmy wojnę i w nagrodę otrzymaliśmy państwo o ponad 1/5 mniejsze, czyli o więcej 70000 km2 - to tak, jakby odłączyć obszar wielkości, mniej więcej, dzisiejszej Serbii. Ale nie to było najważniejsze, oprócz zmian terytorialnych zostaliśmy też obdarowani nowym ustrojem politycznym, co, jak się szybko okazało, miało wpływ na wszystko.

Przede wszystkim nowy ustrój nie przepadał za produkcją prywatną, z tego też względu dotychczas działające wytwórnie noży, te które przetrwały wojenne zniszczenia, lub w których działalność po wojnie została wznowiona zostały znacjonalizowane, a następnie połączone w ogromne państwowe molochy. To one właśnie od tej pory miały zająć się produkcją przeznaczoną na krajowy i nie tylko krajowy rynek.
Wkrótce okazało się, że ogromne zniszczenia wojenne, proporcjonalnie największe na świecie (Polska straciła 38% majątku narodowego, nie licząc utraconych oszczędności) oraz niewydolna gospodarka nowego ustroju doprowadziły do tego, że państwowe fabryki nie były w stanie pokryć zapotrzebowania ludności nawet na najpotrzebniejsze produkty, z czasem pozwolono więc na działalność tzw. prywaciarzy (w tym okresie swoją fabryczkę odzyskał np. Bolesław Michalski z Przedborza). Oczywiście nastąpiło to dopiero po śmierci Wielkiego Wyzwoliciela.
Pomimo trudności ze zdobyciem materiałów potrzebnych do produkcji noży prywatne firmy nożownicze działały, powstawały też nowe. Ogólnie przez okres PRL, poza państwowymi fabrykami działało w różnym okresie przynajmniej kilkudziesięciu nożowników, niestety nieliczni przetrwali do dziś. Oczywiście przeważającą część rynku zdominowały wytwórnie państwowe, zwłaszcza Gerlach, który przez kilkadziesiąt lat był niezagrożonym przez nikogo potentatem.
Szerzej okres ten opisuję w dziale: "Kowale i inni..."



Fabryka Wyrobów Metalowych J. Fogelnest w Stojadłach. Zniszczona w wyniku działań wojennych hala z maszynami polerskimi.


Kolejny przełom, czwarty już w XX wieku przyniósł naszym producentom noży rok 1989. Zapoczątkował on okres, który trwa do dziś.
Po roku tym nastąpiła kolejna zmiana ustrojowa, gospodarkę kraju przestawiono na nowe tory, a właściwie powrócono do istniejącego przed wojną systemu kapitalistycznego, choć oczywiście w zmodyfikowanej już postaci. W porównaniu do czasów PRL, kiedy to w okresie chronicznego niedoboru kupowano wszystko, co tylko pojawiło się na rynku, a konkurencja w zasadzie nie istniała zmieniło się wszystko. Dla rodzimych producentów był to, jak się wydaje, szok.
Kraj zalała fala noży zagranicznego pochodzenia, nie zawsze lepszej jakości, ale za to w wielości form i wzorów oraz wykonanych przy użyciu materiałów nie spotykanych do tej pory na naszym rynku. Oczywiście oprócz wyżej opisanych produktów pojawiły się również noże wytwarzane przez światowych potentatów w tej dziedzinie, okazało się wtedy, że nawet w przypadku produkcji noży, w zasadzie prostych narzędzi, jesteśmy opóźnieni technologicznie.

Poza tym polscy producenci, przyzwyczajeni do tego, że bez względu na to jakiej jakości były ich produkty to i tak je kupowano, zderzyli się ze wzrastającą świadomością konsumencką. Nasze noże były porównywalne jakościowo, a nawet lepsze od części noży importowanych, ale za to znacznie od nich droższe, z drugiej strony, jeśli idzie o uznanych producentów, to na przykład scyzoryki Gerlacha były porównywalne cenowo, ale za to znacznie gorszej jakości niż chociażby scyzoryki szwajcarskie. To oczywiście znaczne uproszczenie tematu, ale powstała sytuacja, w której jeśli klientowi zależało na niskiej cenie to kupował sprzedawane za grosze nożyki pochodzące z krajów byłego ZSRR, natomiast jeśli wolał jakość, wybierał noże uznanych producentów zachodnich.
Ponadto, zaraz na początku lat dziewięćdziesiątych społeczeństwo spragnione nowości, nieprzyzwyczajone do zachodniej działalności marketingowej i podatne jak dzieci na wszelkiego rodzaju reklamy masowo rzuciło się do kupowania produktów zagranicznych, uważanych za lepsze w każdej dziedzinie, choć rzeczywiście w wielu przypadkach tak właśnie było. To wszystko i jeszcze wiele innych czynników spowodowało, że niewiele z polskich firm nożowniczych o wieloletniej historii przetrwało do dzisiaj.



Fabryka Gerlach w Drzewicy za czasów PRL.


Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych zniknęło w zasadzie zainteresowanie tanimi nożami produkowanymi za wschodnią granicą, natomiast ich miejsce zajęła tania produkcja z Chin i innych krajów azjatyckich. I to już nawet nie jest zalew rynku azjatyckimi nożami, a prawdziwe tsunami.
Dostępna jest również w zasadzie pełna oferta zagranicznych producentów noży, jest w czym wybierać i każdy znajdzie coś dla siebie.
Obecnie zauważyć też możemy sentyment za "dawnymi, dobrymi czasami" i powrót klientów do marek, które znali z dzieciństwa lub młodości, tym można tłumaczyć zainteresowanie dawnymi nożykami z czasów PRL, zwłaszcza Gerlachem. Dawne polskie marki stały się dość popularne, choć zdecydowanie raczej dla kolekcjonerów niż użytkowników noży. Za popytem nadążają rzecz jasna wszelkiej maści handlarze oferujący "kultowe" noże z PRL w "stanie magazynowym" i nie należy do rzadkości zamieszczanie w opisach na aukcjach internetowych takich kwiatków, jak np. "legendarna jakość PRL"(sic!).

Jak już wspomniałem wcześniej, przemianę ustrojową przetrwało zaledwie kilka firm produkujących noże, np. "Kopromed', który jednak dysponuje ofertą, skierowaną głównie do myśliwych, czy "Polkars", który specjalizuje się w wytwarzaniu noży rzeźniczych. Powstały też nowe, takie jak "Skałmet" czy "Polmag" i jeszcze kilka innych, jednak zapewne najciekawsze z punktu widzenia miłośników noży jest wzrastające zainteresowanie indywidualnym ich wytwarzaniem.
Oczywiście "niezrzeszeni" nożownicy działali w Polsce właściwie bez przerwy, jednak prawdziwy rozkwit hobbystycznego nożownictwa daje się zauważyć mniej więcej od początku XXI wieku.
Niebagatelny wkład w rozwój tego zjawiska mają portale internetowe zrzeszające miłośników noży i dawnej broni białej, miłośników militariów, kowalstwa, etc., a zwłaszcza, jeśli chodzi właśnie o noże, forum Knives.pl oraz strony internetowe poświęcone ręcznemu wytwarzaniu tych narzędzi. Obecnie mamy do czynienia z niezwykła popularnością tej dziedziny rzemiosła, rzemiosła, ponieważ mówimy głównie o ręcznie wykonywanych nożach, a nie o produkcji fabrycznej. Aktualnie w Polsce działa mnóstwo nożowników-hobbystów traktujących wykonywanie noży jako ciekawy pomysł na spędzanie wolnego czasu, a znaczna część z tych twórców wytwarza noże na bardzo wysokim poziomie; co więcej, doczekaliśmy się już kilku nożowników, którzy zdobyli sławę i uznanie międzynarodowe. Jakby tego było mało, właśnie na bazie takich, z początku hobbystycznych zainteresowań wyrosło już kilka małych (na razie) manufaktur nożowniczych. Wszystko więc zmierza ku lepszemu.



Wybrane noże z oferty olsztyńskiej firmy "Żbik". Lata osiemdziesiąte XX w.


Jakich noży używano i jakie noszono w XX wieku? 
Przede wszystkim zaznaczyć należy, że jeszcze całkiem niedawno noszenie podręcznych nożyków było powszechne, choć moda ta panowała głównie wśród męskiej części populacji. Według wspomnień mojego dziadka (ur. 1926 r.), zarówno przed jak i po II Wojnie Światowej nóż, zazwyczaj składany, noszony był przez wszystkich, każdy mężczyzna miał przy sobie scyzoryk. Dowodem na to, że dziadek mój bynajmniej nie konfabulował może być chociażby potwierdzająca jego słowa relacja krakowskiego dziennikarza Stanisława Broniewskiego (ur. 1900 r.): "Scyzoryk (...) przedmiot, którym legitymował się każdy przyzwoity mężczyzna, od lat mniej więcej sześciu do najpóźniejszej starości. Każdy miał scyzoryk, zmieniały się tylko jego wymiary, kształt i użytkowość."4 

Scyzoryki stanowiły na przykład wyposażenie oficerów kawalerii wojska polskiego, o czym dowiadujemy się z wydanego w 1931 roku podręcznika pt. "Oficer" autorstwa Zygmunta Berlinga, Stanisława Próchnickiego i Stanisława Kramara, który zalecany był do użytku służbowego rozkazem II Wiceministra Spraw Wojskowych. W opracowaniu tym przeczytać możemy , że wśród innych wymienionych szczegółowo przedmiotów które: "...oficer powinien posiadać..." jest też: "...1 scyzoryk..." a z wcześniejszych zaleceń zawartych w tekście dowiemy się, jak taki scyzoryk powinien wyglądać: "Do oporządzenia oficera należy również mały, zgrabny scyzoryk o jednem lub dwu ostrzach". 

Oprócz oczywistych korzyści wynikających z posiadania na podorędziu przydatnego narzędzia, scyzoryki noszono ponieważ panowała taka moda. W dzieciństwie i młodości dziadek mój dla przykładu nosił przy sobie scyzoryk taki, jakie popularne były głównie w miastach (z linersami i okładzinami). Za "moich czasów" nie kojarzę już by jakikolwiek miał w kieszeni, chociaż w szufladzie jego biurka, przeglądanej przeze mnie zawsze przy okazji odwiedzin, każdorazowo z czcią nabożną jako skarbnicę ciekawostek wszelakich, leżało kilka scyzoryków różnej produkcji, kilka "finek", głównie Gerlacha i nawet jeden nożyk myśliwski Chify. Na działce trzymał też nożyki ogrodnicze. Natomiast nieodłącznymi towarzyszami naszych wspólnych górskich wędrówek zapoczątkowanych już pod koniec lat siedemdziesiątych były "finki", przy czym każdy miał swoją. Fakt ten zresztą wywoływał u mnie poczucie wielkiej niesprawiedliwości ponieważ uważałem, że dziadek miał finkę lepszą. Lata zajęło mi, by ją od niego "wydębić", a udało się całkiem niedawno.



Chyba najpopularniejsze w czasach PRL finki harcerskie. Gerlach II połowa XX w.


Ojciec mój (ur. 1954 r.) nie nosił noży przy sobie, ale w skrzynce narzędziowej leżał "od zawsze" składany Gerlach myśliwski, mocno zużyty więc z pewnością nie leżał dla ozdoby. U mojego ojca zainteresowania poszły w trochę inną stronę, ponieważ hobbystycznie wykonywał repliki dawnej broni białej i palnej, wśród nich było też kilka kordelasów myśliwskich.
Dziadek mojej żony (ur. 1919 r.) zawsze i do końca życia nosił przy sobie scyzoryk. Miał ich kilka różnych, zarówno takich w typie "szwajcarskim", jak i prostych nożyków polskiej produkcji, nazywanych powszechnie nożami "monterskimi", z kolei ojciec żony (ur. 1949 r.) używał składanych nożyków "monterskich".
Pozostałem jeszcze ja. Za czasów PRL byłem szczęśliwym posiadaczem kilku "finek" gerlachowskich, o których wspomniałem już wyżej, w latach dziewięćdziesiątych już sam kupowałem sobie noże - na początek była to kolejna "finka" Gerlacha, już z plastikową rękojeścią, później były dwie "finki" marki "Ento", dalej składany nóż Herbertza, cóż... Miałem to, co miałem, a największy wpływ na to miały rzecz jasna dostępne środki finansowe, nie ukrywam bowiem, że jak każdy młokos marzyłem o nożu "Rambo", z kompasem, nićmi, igłą i tego typu "duperelami" schowanymi w rozkręcanej rękojeści. Cóż... nie doczekałem się go do dzisiaj, mam za to kolekcję najlepszych noży świata (wiadomo jakich) i kilka Gerlachów na osłodę. 
I to tyle, jeśli idzie o wspomnienia dotyczące mojej rodziny.

Przed wojną podręczne noże nie wzbudzały żadnego niezdrowego zainteresowania i sensacji, o czym wspominałem już wielokrotnie. Znaleźć je można było zarówno w kieszeniach mężczyzn, torebkach kobiet,  jak i w dziecięcych piórnikach przedstawicieli obu płci. Nie brakuje na to dowodów w źródłach pisanych, a wybrane przykłady przytoczyłem w części pt.: "Element stroju i wyposażenia" stanowiącej uzupełnienie tego i poprzednich rozdziałów.
Co więcej, scyzoryki i koziki różnego typu stanowiły przedmiot pożądania każdego dorastającego chłopca, a posiadanie własnego noża świadczyło o tym, że jego właściciel uczynił już pierwszy poważny krok w stronę dorosłości. Ciekawie pisze o tym Stanisław Broniewski: "...otrzymanie takiego kozika (...) oznaczało przejście z fazy maminego synka do fazy tatowego chłopca, do którego ma się już tyle zaufania, że poza przyszczypaniem palca większej krzywdy ani sobie, ani innym nie zrobi".5 



Katalog firmy Kobylańskich (Gerlach) z 1933 r.


Produkowano noże przeróżne, oczywiście podobnie jak w wieku XIX były to noże specjalistyczne, czyli: ogrodnicze, rzeźnickie, kuchenne, etc., wytwarzano i używano też scyzoryków różnego typu, z jedną głownią, z kilkoma, z narzędziami lub bez nich, z korkociągiem... naprawdę różnych; poza tym noży myśliwskich, finek harcerskich, noży turystycznych, a nawet noży wojskowych, które pomimo ograniczeń "wyciekały" na rynek cywilny. Pogląd na to, czego używano daje nam przedwojenny katalog firmy Gerlach, którego fragmenty ilustrują ten tekst oraz zdjęcia noży z Galerii.
Poza nimi używano też powszechnie kozików, czyli prostych nożyków bez blokady, z drewnianą rękojeścią wykonaną z jednego kawałka drewna. Co ciekawe, koziki te były popularne jeszcze przez bardzo długi czas, ostatni znany mi producent tych noży zaprzestał ich wytwarzania dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku. Znany mi, więc oczywiście nie jest powiedziane, że w innej wytwórni, o której nie wiem, nie produkowano ich jeszcze dłużej.
O takich prostych nożykach pisze właśnie Eugeniusz Iwaniec w swojej relacji, dotyczącej między innymi wkroczenia w 1939 roku Armii Czerwonej do Kosówa Poleskiego, leżącego wtenczas na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. Wspomina on, że: "Wielu z nich (Krasnoarmiejców) kupowało u nas scyzoryki z drewnianą rączką, które masowo były sprzedawane na bazarze".
Nadal wytwarzano również noże "zbójnickie", choć wiek dwudziesty to już raczej wyłącznie noże wykonywane na potrzeby przemysłu pamiątkarskiego, zresztą wytwarza się je do dzisiaj, choć umiejętność ich wykonywania na Podhalu zanika.

Przed wojną, wnioskując z relacji ustnych i pisanych, wśród mężczyzn mieszkających w miastach popularne były wieloostrzowe scyzoryki, a symbolem elegancji były scyzoryki miniaturowe z okładzinami wykonanymi z masy perłowej lub kości słoniowej, zaopatrzone w wykałaczkę, szpatułkę i pilniczek do paznokci, "...które wytworny pan nosił w kieszonce kamizelki albo jako brelok przy zegarku".6 Młodszych miejskich chłopców (choć zapewne wiejskich również), przynajmniej w Krakowie, zaopatrywano najczęściej w "...koziczki nabywane na odpustowych i jarmarcznych straganach (...) to były zwyczajne jaskrawoczerwone klocki drewniane, w których szczelinie częściowo chowało się jedno kosowate ostrze wykonane z pospolitego żelaza i chronicznie tępe".7 Przy okazji autor tego wspomnienia krytycznie ocenił jakość tych nożyków: "...ostrze osadzone na trzonku za pomocą zwyczajnego zaklepanego gwoździa bez żadnego zatrzasku, chętnie zamykało się w trakcie strugania patyków",8 ale też odróżnił te odpustowe, dziecięce koziki słabej jakości od gatunkowo lepszych kozików chłopskich, "...które się jeszcze tu i ówdzie widziało (...) przytroczone na rzemyku obitym mosiężnymi kółeczkami do szerokich pasów..."9 Starsi chłopcy, już nastoletni, marzyli o wieloostrzowych scyzorykach z prawdziwego zdarzenia.



Kozik odpustowy i miniaturowy scyzoryk. "Igraszki z czasem" Stanisław Broniewski Początek XX w.


W tej samej relacji Stanisław Broniewski, bo to on jest właśnie autorem przytoczonych wyżej cytatów zaznacza, że pomiędzy tymi ekskluzywnymi scyzorykami, a dziecięcymi kozikami "...rozciągała się nieprzebrana mnogość scyzoryków gorzej lub lepiej spełniających swoje przeznaczenie".10 Wspomina też o tym, że "uniwersalne scyzoryki turystyczne"11 pojawiają się w sprzedaży dopiero w ostatnich latach przed wybuchem I Wojny Światowej, pod określeniem tym ukryte są zapewne, między innymi, scyzoryki skautowskie.
Noże stanowiły też bowiem nieodzowną i niezbędną część wyposażenia przedwojennych skautów, jednakże w odróżnieniu od powojennych harcerzy, których najbardziej charakterystycznym nożem była finka, nosili oni u paska "...scyzoryk, scyzoryk wspaniały, o trzech ostrzach, z korkociągiem, szydłem, śrubokrętem i rakiem do rozpruwania puszek konserwowych..."12 

O scyzorykach harcerzy wspomina też Eugeniusz Piasecki w wydanej po raz pierwszy w 1912 roku książce poświęconej organizacjom harcerskim pt. "Harce młodzieży polskiej". W jednym z jej rozdziałów ("Zwiady nocne. Posłuchy") przeczytać możemy: "Jeszcze łatwiej przewodzi głos zwykły scyzoryk, gdy otworzymy w nim dwa przeciwległe ostrza, jedno wbijemy do ziemi, drugie zaœ weźŸmiemy w zęby. Wtedy usłyszymy wszystko, co się wokół nas dzieje, bo drganie wywołane głosem czy też stąpaniem udzieli się także scyzorykowi, a za jego poœśrednictwem koœściom naszej czaszki i organom słuchowym".
W tego samego opracowania dowiedzieć się możemy także ("Opatrywanie ran"), w jaki sposób radzić sobie z ranami powstałymi po ukąszeniu żmii, wściekłych psów czy kotów, itp. Istotne jest by działać szybko i nie dopuścić by jad dostał się do krwi: "Jeśœli rana nie może się dobrze skrwawić, bo jest za mała, a harcerz zdobędzie się na tyle siły woli, że scyzorykiem (przeprowadzonym wprzód przez płomień, aby zniszczyć bakterie) natnie ją z lekka na krzyż. Również odważy się może, zamiast nadmanganianu, wypalić ranę węglem lub rozpalonym żelazem". Oczywiście w przypadku wściekłych zwierząt konieczne jest natychmiastowe zgłoszenie się, po opatrzeniu rany, do lekarza.

Jeśli mielibyśmy się już upierać przy przypisywaniu określonych typów noży do różnych grup społecznych, to przede wszystkim powinniśmy pamiętać o sytuacji materialnej przyszłych właścicieli podręcznych noży, to kluczowa sprawa przesądzająca o tym, kto i jaki nóż nosił. Dlatego też nie można sprowadzać wszystkiego do prostego uogólnienia, że wieloostrzowe scyzoryki nosili wyłącznie mieszkańcy miast, a proste i tanie koziki dzieci oraz ludzie zamieszkujący wieś. Wybór noży był ogromny i każdy kupował to, na co było go stać, zgodnie z panującą modą, zgodnie z wiekiem kupującego, czasem zgodnie z tradycją i oczywiście biorąc pod uwagę dostępność określonych modeli.



Jedyne zdjęcie jakie udało mi się znaleźć przedstawiające harcerza ze scyzorykiem przy pasie. Scyzoryki stanowiły, według wspomnień, standardowe wyposażenie przedwojennych skautów i harcerzy. 1 ZDH Grupa Wilcząt. Dąbrowa Górnicza 26 VI 1926 r. Fot. R. Radzikowski


Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do harcerzy.
W aktualnym regulaminie mundurowym harcerzy ZHR o nożach wspomina się w kontekście pasa harcerskiego: "Pas ma być zawsze wpuszczony we wszystkie szlufki. Można nosić do niego nóż (o ostrzu krótszym niż 15 cm)...". Tak to wygląda w kraju, dla porównania zapis z regulaminu ZHR w Kanadzie, gdzie nóż nadal stanowi, jak dawniej, istotną część umundurowania: "Role tradycyjnej finki harcerskiej może pełnić inny nóż o długości ostrza nie przekraczającej 18 cm. Zabronione jest noszenie i stosowanie noży o większej długości ostrza. Nóż noszony jest w pochewce zapewniającej bezpieczeństwo przenoszenia i użytkowania. Przymocowany jest na pasie po stronie prawej". (pkt. 1.7 Finka harcerska).
Identyczny zapis, co w regulaminie mundurowym kanadyjskiego ZHR obowiązywał w regulaminie mundurowym ZHP z roku 1997 (pkt. 2.8 Finka harcerska). Jednak zarówno w regulaminie mundurowym ZHP z 2005 roku, jak i w tym po zmianach, aktualnie obowiązującym, o nożach nie ma już ani słowa (choć noszenie noża nie jest wymagane to jest dopuszczalne, jak udało mi się dowiedzieć).

Co ciekawe, pomimo naprawdę wielu wzmianek o scyzorykach i nożach harcerskich, pochodzących zarówno ze źródeł pisanych, jak i z relacji ustnych harcerzy, udało mi się znaleźć naprawdę niewiele dowodów ikonograficznych na to, że noszenie przez nich noży było powszechne. Na większości zdjęć, do których dotarłem, a były ich setki, występują oni bez noży przy pasie. 

Wyjaśnienie tej sytuacji wydaje się jednak dość proste. W większości przypadków na zdjęciach udokumentowano uroczystości i spotkania, w których harcerze brali udział, występowali więc oni w mundurach wyjściowych, do których zgodnie z regulaminem nie nosi się noży i innego wyposażenia. Finki i inne noże używane są głównie w warunkach polowych, kiedy to narzędzia te są niezbędnym elementem wyposażenia harcerza, przydatnym przy wielu czynnościach obozowych. 
Potwierdziła to zresztą w rozmowie ze mną hm. Anna Malinowska, rzecznik prasowy ZHR. Hm. Malinowska przekazała mi też bardzo ciekawe informacje dotyczące współczesnego podejścia do noszenia noży w tej formacji. Według tego, co zauważyła, jeszcze 10 lat wstecz noszenie na wyjazdach przy pasie noży (finek) wśród harcerek nie było czymś wyjątkowym, sama miała taki nóż, natomiast aktualnie zauważalną jest tendencja do zastępowania większych noży przez różnego rodzaju scyzoryki, które przeważnie nosi się w kieszeni. 
Nie jest to więc tak, że harcerze noży już nie używają i nie noszą, owszem nadal noszą i używają, ale w określonych przypadkach. W tym kontekście nie powinno też dziwić, że tych podręcznych nożyków nie widać, skoro coraz więcej z nich schowanych jest po prostu w kieszeniach.


Harcerze na obozie w Nowym Sączu. 1933 r. Narodowe Archiwum Cyfrowe.


Tuż po wojnie popularne były bagnety ze względu na ilość tych noży, która dostała się w ręce cywilów po przechodzącym froncie, głównie bagnety niemieckie, radzieckie, pewnie też w mniejszej ilości przedwojenne polskie. Noże te były skracane i przerabiane według potrzeb, z czasem jednak ustąpiły one miejsca nożom innego typu, zdecydowanie bardziej praktycznym. W tym okresie w obiegu z pewnością było jeszcze sporo polskich noży przedwojennych, nie należy zapomnieć również o nożach produkcji obcej, "odziedziczonych" przez repatriantów zasiedlających ziemie odzyskane.

Z czasem ruszyła produkcja krajowa, ale tu już bezdyskusyjnie dominować zaczęły firmy państwowe. Niezagrożonym potentatem na rynku był oczywiście upaństwowiony Gerlach, poza tą wytwórnią wytwarzano też noże i scyzoryki w innych firmach państwowych, na przykład w CFI z Częstochowy, Chifie (produkcja uboczna), czy w Stojadłach, konsolidowanych później we wspólnych kombinatach-molochach.
Jak wyglądały wytwarzane przez państwowe firmy noże? Pomijając te przeznaczone dla konkretnych użytkowników, jak na przykład noże rolnicze, ogrodnicze, czy rzeźnickie, polskie firmy wytwarzały setki różnych modeli, od noży myśliwskich z głownią stałą począwszy, poprzez różnego rodzaju scyzoryki, na tradycyjnych kozikach skończywszy. Różnorodność była spora, choć nie wszystkie modele produkowano w równej ilości i nie wszystkie dostępne były dla "mas".
Bardzo popularne były "finki" wytwarzane przez Gerlacha, głównie na potrzeby młodszych harcerzy, ale takie "finki" nosili "wszyscy" chłopcy i nie tylko chłopcy, również scyzoryki w typie szwajcarskim wytwarzano w w rozlicznych wzorach i z różnych materiałów, było ich naprawdę dużo, bezsprzecznie popularnym modelem były też składane noże wędkarskie Gerlacha, miał je chyba w domu każdy wędkarz. Oczywiście oprócz wymienionych wyżej nożyków, niezwykle często spotykane w kieszeniach wszelakich były różnego rodzaju składane noże "monterskie", tanie i ogólnodostępne.
Produkcja w czasach PRL była duża, a czasy nie tak odległe, więc i dziś nie ma problemu z zakupieniem modeli noży wytwarzanych przez państwowe firmy w tamtym okresie.



Finki, noże myśliwskie, zestaw turystyczny i OSA. Gerlach Drzewica.


W okresie PRL-u działały też, o czym wspominałem już wcześniej, firmy prywatne takie jak na przykład: "Pronowo", "Ento", Wulping", "Żbik", wytwórnia noży "M.Z.Z. Szulc" i wiele innych, ich noże jednak, albo były niezwykle rzadkie ze względu na skalę produkcji i ilość punktów handlowych, w których taką "prywaciznę" można było kupić, albo też z tego powodu, że swoją ofertę kierowały głównie na eksport, zwłaszcza do Niemiec.
Odrębną produkcją zajmowali się rzemieślnicy zakwalifikowani do grupy rękodzielników ludowych, byli oni popierani przez państwo, a zbyt zapewniała im Centrala Przemysłu Ludowego i Artystycznego, do tej grupy zaliczano także górali zajmujących się wytwarzaniem noży "zbójnickich". Oczywiście nie wszystkie noże "zbójnickie" dostępne były wyłącznie w punktach Cepelii, sam doskonale pamiętam, że jeszcze w latach osiemdziesiątych można je było kupić bez problemu na stoiskach prywatnych w Zakopanem.

Po 1989 roku, kiedy to szeroko otwarto granice dla zagranicznych towarów używamy po prostu tego, co nam się podoba i co nam odpowiada. Wybór jest ogromny, a główny problem polega na tym, żeby się na coś zdecydować, no i oczywiście, żeby mieć na ten zakup pieniądze.

Jeśli zaś idzie o podejście społeczeństwa i władz do noszenia i używania noży, to za czasów istnienia PRL-u nikogo ich noszenie nie dziwiło i nie zaskakiwało, zasadniczo traktowano noże jak inne, zwykłe narzędzia. Pamiętam, że jeszcze w latach osiemdziesiątych graliśmy z kolegami "w noża" na podwórku i to w dodatku na oczach rodziców! W zasadzie nikogo, kto nosił scyzoryk nie traktowano z tego powodu podejrzliwie; co więcej, przez lata chodziłem po górach jako dziecko, a później młodzieniec z "finką" u boku i nikt nigdy nie zwrócił mi uwagi, ale jeśli już, to z życzliwością wypytywano o nią. Zmieniło się to dopiero po 1989 roku, choć nie od razu rzecz jasna. Proces ten trwał przez lata i dziś odbiór noży różnego typu jest w naszym kraju taki, jaki jest, a osoba wyposażona w jakiekolwiek narzędzie ostre większe od małego scyzoryka, w większości przypadków wzbudza co najmniej zaniepokojenie, Ciekawe jest to, że większość niezbyt starych przecież rodziców dzisiejszych dzieciaków daleka była w swojej młodości od demonizowania tych przydatnych narzędzi, a i sami z pewnością się nimi bawili, używali i je nosili (przynajmniej spora część z nich).  


Noże monterskie, noże składane, noże szewskie. Gerlach Drzewica.


Na zakończenie rozdziału wróćmy jeszcze na chwilę do tego, jakich noży używano i jakie noszono w XX wieku.
W 2015 roku poprosiłem kolegów z forum Knives.pl o to, by zapytali swoich starszych krewnych i znajomych, jakich noży podręcznych używali i jakie nosili. I czy w ogóle jakichś noży osobistych używali. Z zebranych informacji ułożyłem listę liczącą łącznie 144 pozycji (osób i grup osób). To stosunkowo niewiele, a już stanowczo zbyt mało, by na tej podstawie wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski i pokusić się o sporządzenie statystyki, która mogłaby stanowić odniesienie do całego kraju, tym bardziej, że niektóre z uzyskanych danych są bardzo ogólnikowe. Niemniej jednak odpowiedzi napłynęły praktycznie z każdego regionu Polski i dlatego warto je przytoczyć, chociażby jako ciekawostkę uzupełniającą to opracowanie.
Poprosiłem o podanie w odpowiedziach, jeśli to było możliwe, roku urodzenia osoby przepytywanej, miejsca zamieszkania, stopnia pokrewieństwa, rodzaju i typu noża, ewentualnie marki oraz tego, czy noże były przez te osoby noszone, czy tylko posiadane i używane okazjonalnie, w razie potrzeby.

Jak już wspomniałem wcześniej, uzyskałem informacje dotyczące łącznie 144 osób, wśród nich trzy odpowiedzi, które traktowały temat bardzo ogólnie wskazując zbiorowo jako obiekt "badań" grupę "kolegów z pracy", "dziadka i jego znajomych" oraz "dziadka, ojca i wujów"
W tym pierwszym przypadku, czyli "koledzy z pracy", podano ogólne informacje o nożach dziadków tych kolegów, były to składane noże monterskie z drewnianą rękojeścią, najczęściej marki Gerlach. Część z tych dziadków noże na co dzień nosiło, a część tylko posiadało, używając w razie potrzeby. Nie podano wieku, ani też miejsca zamieszkania przepytywanych, jednak były to już osoby dorosłe, więc ich dziadkowie urodzili się zapewne tuż przed drugą, a maksymalnie przed pierwszą Wojną Światową.
W drugim przypadku informacje dotyczyły "dziadka i jego znajomych" zamieszkujących wieś Kotunie i noszących na co dzień składane noże z drewnianymi rękojeściach. Nie podano daty ich urodzin. W trzecim przypadku "dziadek, wujowie i ojciec" pochodzący ze wsi Całowanie (pow. Otwock) zawsze nosili przy sobie "coś ostrego". Tu również nie podano daty ich urodzin.



Noże monterskie, scyzoryki, noże składane, noże monterskie, sierpak i okulizak. Gerlach Drzewica.


Powyższe przykłady postanowiłem wydzielić z listy ogólnej i opisać osobno, a na liście głównej pozostawić wyłącznie informacje dotyczące jednostek.
Pozostało nam zatem 141 osób.
Z tych 141 osób według wskazań 70 mieszkało w miastach (wskazano konkretnie: Bydgoszcz, Kalety, Koszalin, Lublin, Łódź, Miłomłyn, Miłosław, Połaniec, Poznań, Sejny, Sokołów Podlaski, Szczecin, Tczew, Trójmiasto, Warszawa, Wrocław, Żary), a 33 na wsi (wymieniono konkretnie: Konarzewo, Kotunie, Stężyca), w 38 przypadkach nie określono; jednakże kilkukrotnie zamiast tego rozgraniczenia wymieniono region, z którego pochodził krewny lub znajomy.
Nie powinno dziwić, że liczby powyższe nie pokrywają się lub nie zliczają z tymi, które wyszczególnię poniżej. Wynika to ze sposobu podania informacji przez przepytywanych. Część z osób podała tylko nazwę miasta lub wsi, część zaznaczyła wyłącznie to, że dana osoba pochodziła z miasta lub wsi, bez podania nazwy, inni wymienili tylko region, a nieliczne z osób zamieściły bardziej szczegółowe dane, np. "wieś, Wielkopolska" albo też "miasto, Kalety, Górny Śląsk".
Co więcej, spośród wszystkich osób, które wzięły udział w ankiecie aż trzydzieści nie podało żadnych informacji umożliwiających identyfikację miejsca zamieszkania opisywanych postaci.

Ogólnie spośród 96 osób w przypadku których podano region pochodzenia lub zamieszkania 34 osoby pochodziły z Wielkopolski, 18 z Mazowsza, 9 z, jak określono, północnego-wschodu Polski (wliczyłem w to po jednej osobie z Mazur i Podlasia i 2 z okolic Białegostoku), 6 z Lubuskiego, 5 z Górnego Śląska, 4 z Dolnego Śląska, 3 z Pomorza Gdańskiego, 3 z Kujawsko-pomorskiego, 2 z Świętokrzyskiego, 2 z Łódzkiego, 2 z Pomorza (nie określono którego), 2 z Lubelszczyzny, ale też jedna z Wileńszczyzny, jedna z Żuław, jedna z Pomorza Zachodniego, jedna z Pomorza Środkowego i jedna z okolic Krosna. W jednym przypadku jako miejsce pochodzenia podano "wschód Polski".
U kilku osób zaznaczono wiele miejscowości (np. Zagórz-Lwów-Warszawa, Brześć-Żuławy, wieś-Żary), co oznacza, że człowiek ten przeprowadzał się przynajmniej raz, lub nawet kilkukrotnie, nie wyliczałem ich odrębnie do zaznaczałem jedynie, czy to było miasto, czy wieś biorąc pod uwagę ostatnie miejsce zamieszkania. 

Na liście zdecydowanie dominują mężczyźni, łącznie stu trzydziestu trzech (66 x dziadek, 56 x ojciec, 6 x wujek, 2 x teść, 1 x pradziadek, 1 x stryj, 1 x znajomy), kobiet jest tylko osiem (3 x mama, 2 x babcia, 1 x prababcia, 1 x ciocia, 1 x matka stryjenki). Tylko u 34 osób podano datę urodzenia, 28 osób urodziło się przed 1945 rokiem (w tym jedna jeszcze w XIX w.), 6 już po wojnie. W 107 przypadkach daty urodzenia nie podano.
Spośród tych wszystkich osób, niezależnie od płci, podręczne noże nosiło przy sobie 107 osób, a pozostałe 34 po prostu je miało i używało w zależności od potrzeb. 



Scyzoryki CFI. Częstochowa.


Najczęściej posiadanym i noszonym nożem jest wielonarzędziowy albo też wieloostrzowy scyzoryk, tego typu narzędzie wskazało 86 osób. 
Często wymienianym narzędziem jest też nóż składany (łącznie 33 razy), przy czym 14 osób określiło swój nóż podręczny po prostu mianem: "nóż składany", w dziesięciu przypadkach był to składany nóż myśliwski Gerlacha, pięciokrotnie nóż z okładzinami drewnianymi, a czterokrotnie nóż w typie Buck 110. 
Popularnymi nożami były też używane w zdecydowanej większości przypadków na wsi noże ogrodnicze (17 sztuk łącznie, w tym: 13 x sierpak, 3 x okulizak, jeden raz "nóż ogrodniczy") wytwarzane głównie przez firmę Gerlach oraz noszone przeważnie przez mieszczan składane noże monterskie Gerlacha (wskazane trzynastokrotnie) i składane noże wędkarskie tej samej firmy (11 razy).
Ponadto ankietowane osoby wymieniły również noże własnej produkcji lub wykonane przez znajomych (dziewięciokrotnie) składany nóż saperski Gerlacha (siedmiokrotnie), finkę (pięciokrotnie), nóż z głownią stałą (pięciokrotnie), zwykły kozik (trzykrotnie) oraz nóż myśliwski (2 x), sprężynowiec (2 x), przerobiony bagnet (2 x), "nóż na grzyby", nóż grawitacyjny, nóż wojskowy wz. 55, "wojskowy sztylet", a nawet kordzik Kriegsmarine, czy narzędzia określone jako: "nóż", "jakiś nóż" i "zawsze nosił coś przy sobie".

Wśród wytwórni noży zdecydowanie dominuje marka Gerlach wzmiankowana 90 razy, przy czym wszystkie te noże zaliczyć można do kategorii "noże składane" (w tym scyzoryki, noże ogrodnicze, noże saperskie). Jeśli idzie o pozostałych polskich producentów, to wymieniono również marki: CFI (2 x scyzoryk), FBR (nóż wz.55), Chifa (nóż myśliwski) i Pronowo (finka).
Dwunastokrotnie, jeśli idzie o scyzoryki i noże składane zaznaczono, że były to noże radzieckie; ośmiokrotnie wymieniając producenta noży składanych (6 x) i noży z głownią stałą (2 x) wskazano na Niemcy (konkretne marki: GML i Loewen Messer). Szwajcarię wskazano trzykrotnie (scyzoryki Victorinox), Szwecję dwukrotnie (noże Mora i Fiskars), raz Wielką Brytanię (marynarski nóż składany) i raz Francję (składany Opinel).
W czternastu przypadkach odpowiadając na pytanie o markę producenta podano "inne", a trzykrotnie "różne" - tych wskazań, siłą rzeczy nie dało się konkretniej przyporządkować.
Ogólnie 84 przepytywane osoby wymieniły jedną posiadaną markę noża (jeśli określono kraj pochodzenia, zakwalifikowałem to jako markę), 14 osób podało ich kilka (tu również zaliczyłem kraj producenta), a 43 osoby nie podały żadnej.



Sierpaki i okulizaki Gerlacha. Drzewica.


W ankiecie przepytano 141 osób (plus 3 relacje zbiorowe), jednak pamiętać musimy o tym, że zliczone ilości posiadanych i używanych noży oraz marki producentów, czy krajów pochodzenia noży nie będą się pokrywać z tą liczbą, dlaczego? Dlatego że, o czym wspominałem już wcześniej, dane uzyskane od poszczególnych osób nie były identyczne w każdym przypadku. Poza tym, chociaż większość osób nosiła i używała, lub miała i używała tylko jeden nóż (84 osoby) to pozostali przepytywani (57 osób) mieli tych noży kilka, w jednym czasie. 

Czy na podstawie powyższych danych możemy wysnuć jakieś wnioski? Oczywiście, tyle tylko, że ze względu na szczupłość bazy danych i jej niekompletność nie sposób ich przełożyć na skalę kraju. Możemy jednak pokusić się o krótkie podsumowanie uzyskanych informacji.
Wydaje mi się że większość wskazań dotyczy głównie drugiej połowy XX wieku, czyli stosunkowo nieodległej przeszłości - to oczywiście przypuszczenie oparte na znikomych informacjach dotyczących wieku przepytywanych osób oraz na podstawie tego, co już wcześniej wiedziałem na temat produkcji noży w Polsce.
Zdecydowanie najpopularniejszym nożem podręcznym w tym czasie był scyzoryk wielonarzędziowy, noszono go zarówno w miastach, jak i na wsi i to bez względu na to, z którego regionu kraju pochodził użytkownik. Można też posunąć się do stwierdzenia, że jeśli idzie o proste noże składane z drewnianymi okładzinami, to na wsi popularniejsze były noże ogrodnicze typu sierpak, czy okulizak, natomiast w miastach noże monterskie - to akurat łatwo wytłumaczyć zapotrzebowaniem na określone narzędzia. 
Noży podręcznych z głownią stałą (w tym przerobionych bagnetów, noży wojskowych, finek i samoróbek) używano w większości przypadków na wsi, choć różnica pomiędzy wsią, a miastem wynosi tu 9 do 7, czyli jest praktycznie żadna - dodatkowo nie wiadomo w jakim okresie i gdzie tych noży używano. Informacja ta ma więc znikomą wartość i umieszczam ją wyłącznie pro forma.
Z ankiety tej wynika też, że zdecydowanie najczęstszymi użytkownikami noży osobistych różnych typów są mężczyźni. Jeśli idzie zaś o markę producenta noży, to bez wątpienia dominuje w tym okresie firma Gerlach.
I to w sumie wszystko, pozostałe informacje są zbyt szczątkowe by móc wyciągnąć na ich podstawie jakieś sensowne wnioski.


1 "Wielka Ilustrowana Encyklopedia Powszechna" Tom XIII. Polska. Wydawnictwo Gutenberga (początek lat trzydziestych)
2 Tamże,
3 Tamże.
4 "Igraszki z czasem" Stanisław Broniewski
5 Tamże,
6 Tamże,
7 Tamże,
8 Tamże,
9 Tamże,
10 Tamże,
11 Tamże,
12 Tamże.



Janusz Łangowski




Utworzony: sobota, 26 października 2013 01:00 | Poprawiony: czwartek, 02 marca 2017 15:54
Nóż w Polsce - Wczoraj i dziś
PDF Drukuj
 
Ocena użytkowników: / 46
SłabyŚwietny 
Projekt i realizacja: na6.eu .

Pliki cookies! Ta strona używa plików cookies aby lepiej spełniała Twoje oczekiwania oraz do prowadzenia statystyk odwiedzin.
Można zablokować zapisywanie plików cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej szczegółów o plikach cookies tutaj -> wszystkoociasteczkach.pl.
OK, rozumiem!